Siedziałam na podłodze obok łóżka, na którym wpółleżąc, Mitch próbował wyjaśniać mi co oznacza znamię na przegubie mojej dłoni. Jak domyślałam się już po jego pierwszej reakcji, nie mogło to być nic dobrego.
- Starałem się znaleźć jakieś potwierdzenie na to, że nie mam racji, ale wszystko wskazuje na to, że ta rana, to dokładnie to o czym myślę – powiedział, nie otwierając oczu.
- Czyli co dokładnie? – spytałam zniecierpliwiona, odganiając Dave, który podstawiał mi pod nos talerz z kaszą.
- Taki znak pojawia się, kiedy diabły wybierają sobie ofiarę... – powiedział powoli, odsłaniając twarz. Nie spojrzał jednak na mnie, tylko na moją rękę, opartą na kolanie.
Odsunęłam się bezwiednie w tył.
- „Ofiarę”? Co masz na myśli? – spytałam, czując jak zasycha mi w gardle.
- Osobę, którą będą ścigać aż do śmierci, a potem… - nie skończył, z wyraźnym trudem przełykając ślinę.
- A potem co? – pisnęłam, czując zalewający mnie chłodny pot. Chłopak nie odpowiedział tylko znacząco spojrzał w dół. Nie zrozumiałam o co mu chodzi, dopiero gwałtowna reakcja Dave’a, który upuścił na ziemię talerz z kaszą i złapał mnie kurczowo za ramię, zasugerowała co ten gest znaczył.
- Nie! – wyksztusił anioł, a jego ręka zostawiała wilgotny ślad na mojej bluzce. – Naddie… pójdzie do piekła? Niezależnie od tego, co zrobi ze swoim życiem?
Mitch potwierdził zrezygnowanym skinieniem głowy. Siedziałam w bezruchu na podłodze i starałam się przetworzyć usłyszane informacje.
„Więc tak czy siak pójdę do piekła? Nie mam wyboru? Cokolwiek nie robiłabym póki żyję i tak skończę tam… w tym…”
Nagle zauważyłam, że trzęsę się na całym ciele i zaciskam zęby tak mocno, że aż bolała mnie szczęka. Odetchnęłam kilka razy głęboko, by przyprowadzić się do porządku. Oparłam dłonie na podłodze, by powstrzymać ich drżenie.
- Czyli… nieważne co zrobię, pójdę do piekła? – wycharczałam przez wyschnięte gardło.
- Szukałem jakiegoś sposobu, żeby jednak tak się nie stało – zaczął Mitch, sięgając po moją książkę. Przekartkował ją kilka razy w tę i z powrotem, patrząc na nią z nadzieją. – Na razie nic nie znalazłem, ale musi być jakieś rozwiązanie. To tylko pieczęć. Każda jest do złamania. Trzeba tylko znaleźć metodę.
Mimo że powinnam się uspokoić, jego słowa wcale nie opanowały powoli narastającej paniki jaka się we mnie wzbierała.
- Ja nie mogę tam pójść – stwierdziłam, kręcąc głową. – Nie mogę tam pójść, nie mogę tam pójść... nie.
- Naddie, spokojnie, coś wymyślimy – powiedział Dave, choć jego blada jak papier twarz nie dodawała mi otuchy.
- Jak ja mam być spokojna, skoro wy też panikujecie? – spytałam, chowając twarz w dłoniach. – To tylko kolejny zły sen, muszę się obudzić!
- Naddie… - spróbował znowu Dave, kładąc zimną od potu dłoń na moim nadgarstku. Spojrzałam na nasze ręce. Wydawało mi się, że obraz pulsował.
- Mam! – krzyknęłam nagle, a Mitch mało co nie spadł z łóżka. Obydwaj, anioł i diabeł spojrzeli na mnie wyczekująco. – Może wystarczy odciąć tę rękę?
- To nie jest temat do żartów – powiedział chłodno ciemnowłosy chłopak.
- Czy ja wyglądam jakbym żartowała? – spytałam, podrywając się i biegnąc do kuchni. W głowie kręciło mi się jakbym właśnie zatrzymała się po długotrwałym wirowaniu. – Pozbędę się tej klątwy raz dwa!
- Dave, ona zwariowała! Zatrzymaj ją! – krzyknął zdenerwowany Mitch.
Gdy oparłam się o blat i sięgnęłam, po wciąż brudny po krojeniu mięsa nóż, poczułam oplatające mnie ramiona, które w nieugiętym uścisku uruchomiły mi ręce i korpus. Siła nacisku nie pozwalała mi oddychać.
- Puść mnie! – wrzasnęłam – Nie chcę tam iść, nie po tym wszystkim…!
- Naddie, uspokój się, błagam – usłyszałam za sobą przestraszony głos Dave’a. Poluźnił uścisk, a ja zaczęłam oddychać zbyt szybko i zbyt głęboko. Po chwili wszystkie uczucia – strach, obrzydzenie – rozpłynęły się w ciepłej ciemności.
Odzyskałam przytomność, gdy za oknem zaszło już słońce.
- Chcesz wody? – spytał Dave chwilę po moim obudzeniu.
- Ostatnio nic nie robię, tylko mdleję – mruknęłam, podciągając nogi pod brodę. – Robię się na taką ostrą zawodniczkę, a w traceniu przytomności wygrałabym zawody z angielską pensjonarką…
- Wcale nie jesteś słaba, Naddie – powiedział poważnie Dave, podając mi szklankę, w której było znacznie więcej płynu, niż byłam w stanie przepuścić przez ściśnięte gardło. – Masz w sobie mnóstwo siły, ale to więcej niż jest w stanie wytrzymać twój organizm. Nie sypiasz, nie wiele jesz, regularnie nadwyrężasz swoje ciało egzorcyzmami. Taki tryb życia może zabić.
- Poza tym właśnie chciałaś sobie odciąć rękę – mruknął z dołu Mitch. – A to nie jest zachowanie słabeusza, tylko totalnego debila.
- Więc jestem debilem, tak? Dlatego, że poszłam cię ratować i teraz jestem przeklęta na wieczność? – krzyknęłam zdenerwowana i wychyliłam się, żeby na niego spojrzeć, ale tylko rozbujałam hamak i w efekcie, tak jak i tego ranka, wylądowałam na swoim łóżku, na mało zadowolonym tym razem diable.
- Nigdy nie chciałem, żeby to się tak skończyło – powiedział zezłoszczony. – Mów co uważasz, ale nie chcę, żebyś myślała, że spiskowałem razem z Raven i Drake’iem. Wcale nie chciałem, żebyś wiedziała jak wygląda piekło, a tym bardziej, żebyś tam skończyła!
Ton jego głosu lekko mnie przestraszył. Nigdy nie zwracał się do mnie tak ostro. Zazwyczaj miał smutny, melancholijny głos.
„Chociaż nie.” – zastanowiłam się – „Tak samo się oburzył, gdy powiedziałam, że jest taki sam jak inne diabły, przy naszym pierwszym spotkaniu.”
Nagle poczułam coś mokrego na brzuchu. Podniosłam się i zauważyłam, że całe prześcieradło nasiąkło krwią. Zeskoczyłam szybko na podłogę.
- O mój Boże, chyba otworzyła ci się rana! – krzyknęłam spanikowana i nie wiedząc, co zrobić, zawołałam Dave’a.
- Nic dziwnego skoro spadasz na mnie kilka razy dziennie z takiej wysokości – zaśmiał się słabo Mitch.
- Przepraszam – jęknęłam, patrząc jak czerwona plama powiększa się, jakby pożerała biel materiału. Anioł zaczął opatrywać chłopaka bez słowa.
- Hej, nie przepraszaj – powiedział zaskoczony diabeł, sycząc, gdy mój przyjaciel owijał go bandażem zbyt ciasno. – Tyle ci zawdzięczam, że nie mam za złe niczego co zrobisz z moim ciałem – zresztą zawsze tak było. Tylko czasem myśl, zanim coś zrobisz…
- Myślenie raczej nie jest moją mocną stroną… - powiedziałam zrezygnowana, siadając na podłodze, która teraz jak zauważyłam, była już oczyszczona z kaszy.
- Ha, ha, to prawda – zaśmiał się chłopak i opadł bezwładnie na poduszki.
„Zaraz” – pomyślałam, podnosząc się z podłogi – „Co to ma znaczyć?”
- Dlaczego tak mówisz? – zapytałam powoli, stając nad poplamionym krwią łóżkiem.
- Bo to prawda – powiedział, wzruszając ramionami diabeł, który mimo głębokich ran zdawał się świetnie bawić odkąd przybył do naszego domu. – Chociaż racja, może nie powinienem był tego mówić. Przepraszam, nie chciałem cię urazić.
- Nie chodzi mi o to co powiedziałeś, ale jak – zaprzeczyłam, kręcąc pomału głową, bo myśli, które zaczynały mnie nachodzić, były zbyt nieprawdopodobne, by w nie uwierzyć. – Sposób w jaki to powiedziałeś, brzmiał jakbyś mnie bardzo dobrze znał. A to wcześniej? „Zawsze tak było”? Co to wszystko ma znaczyć? Nie sądzę, żeby nasza znajomość trwała dłużej niż tydzień, a jednak przez ten czas wielokrotnie miałam wrażenie, że to nie mogło być nasze pierwsze spotkanie. Za dużo wiedziałeś. Możesz mi to wytłumaczyć?
Diabeł przez chwilę patrzył w bok, a jego usta – czy mi się tylko wydawało – posiniały od mocnego zaciskania. Jednak za moment odwrócił się do mnie i smutno zaśmiał.
- To jakiś wymysł, Nadine. – odpowiedział, choć w jego oczach z powrotem zagościł bolesny wyraz.
- Nie wydaje mi się – stwierdziłam, bo przypomniało mi się coś jeszcze. – W piekle kilka diabłów rozmawiało na twój temat i …
Zdałam sobie sprawę, że nie będę w stanie powtórzyć treści rozmowy z balu. Na dodatek policzki zaczęły mi się intensywnie rumienić i nic nie mogłam na to poradzić.
- Co takiego powiedzieli? – zapytał Mitch, niby z ciekawości, ale w jego tonie słychać było tę nutkę zadowolenia, która wskazywała, że zauważył, że nie będę mogła się dalej kłócić. Z resztą kto by nie zauważył tak jaskrawego koloru przy mojej szaro-bladej cerze?
- N-nie ważne – wyksztusiłam i podniosłam się z podłogi. – Skoro już dobrze się czujesz, to nie mam po co dłużej tu siedzieć. Wychodzę na obchód.
Dave wtrącił się pierwszy raz od jakiegoś czasu.
- Nie zostałabyś jeszcze na jedną noc w domu? – spytał niepewnie, obawiając się odmownej odpowiedzi.
Niestety taką właśnie otrzymał.
- A swoją droga, Dave – powiedziałam, wyjmując lancetowaty krzyż spod łóżka – ty coś wiesz i nie chcesz mi powiedzieć, prawda?
- Uaa, teorie spiskowe – powiedział z cynizmem Mitch. – Akcja się zagęszcza.
Bez słowa wyszłam z mieszkania, po drodze tylko waląc diabła długim końcem broni po głowie.
I choć coraz ciężej mieszkało mi się z nim pod jednym dachem, gdy zatrzasnęły się za mną drzwi zdałam sobie sprawę, że jemu musi być jeszcze ciężej. Bo, mimo że stara się schować za fasadą sarkazmu i gorzkich żartów, to jego oczy nie przestają być przejmująco smutne.
Budzik, którego nieprzyjemny alarm wyrwał mnie ze snu, dzwonił gdzieś daleko. Nie mogąc wytrzymać nieznośnego dźwięku, otworzyłam wreszcie oczy.
- Dave, mógłbyś wyłączyć budzik? – spytałam zaspana, przecierając sklejone ze sobą powieki. Wystawiłam jedną nogę z łóżka, ale ta zawisła w powietrzu. Powtarzający się, brzęczący odgłos robił się coraz głośniejszy.
- Dave…? – mruknęłam zaspana, drugą nogą robiąc krok w dół.
„Czy podłoga nie powinna już tu być?” – pomyślałam, w połowie jeszcze śpiąc.
Za późno przypomniałam sobie o spaniu w hamaku. To, że zrobiłam coś głupiego, zrozumiałam dopiero spadając. Zacisnęłam przestraszona oczy, myśląc o bólu z jakim gruchnę w podłogę. Lecz nie uderzyłam w twardą powierzchnię, tylko odbiłam się lekko od miękkiego ciała, które jęknęło pod moim ciężarem.
- Au… - stęknął Mitch, podnosząc z trudem głowę. – Nadine?
Zaklęłam, starając się podnieść, jednak mięśnie ospałe po kilku godzinach bezruchu, nie chciały wykonać poleceń wciąż niepracującego zbyt sprawnie mózgu.
- Co tu robisz? – spytał zaspany, przecierając pięścią oczy. – Chyba jeszcze nie obudziłem się do końca... A co tam.
Ziewnął i przygniótł mnie swoim ramieniem. Przekręcił się tak, że teraz to ja byłam pod nim, a nie na odwrót. Starałam się go odepchnąć, ale nie mogłam wyciągnąć ramienia, spod jego nagiego, owiniętego tylko w bandaże torsu.
- Mitch, złaź ze mnie! – warknęłam, z trudem łapiąc powietrze, bardziej przez ciężar chłopaka, niż jego alarmującą bliskość. Diabeł poruszył się, ale nie otworzył oczu.
- Co tu się wyrabia od samego rana? – zażartował Dave, wychodząc z łazienki, nonszalancko przecierając mokre blond włosy. Stanął nad nami, wciąż się śmiejąc i zagwizdał przeciągle.
- Zamiast rechotać pomógł byś mi go obudzić! – jęknęłam, wściekła na obydwu swoich współlokatorów.
- Kiedy on nie śpi – powiedział, pokazując palcem na czarnowłosego chłopaka.
Odwróciłam głowę, żeby spotkać spojrzenie szarych oczu, znajdujących się milimetry od moich własnych. Diabeł zacieśnił uścisk i schował twarz w moich włosach.
- Nie przespałbym czegoś takiego – mruknął, wodząc nosem po mojej szyi.
Wiele siły i samokontroli kosztowało mnie zrzucenie go na podłogę. Chłopak z hukiem uderzył o twarde deski, jak i ja bym zrobiła, gdyby mojego łóżka nie było pod hamakiem.
- Hej, delikatnie, on jest ranny! – skarcił mnie Dave, kucając nad diabłem, który wydawał dziwny dźwięk, coś między jękiem, a chichotem.
Podniosłam się z łóżka i przemaszerowałam przez pokój, nie zaszczycając ich jednym spojrzeniem. Zanim trzasnęłam drzwiami od łazienki, odwróciłam czerwoną ze złości twarz w ich stronę i wycedziłam przez zęby:
- Jesteście świnie. Obydwaj – podkreśliłam ostatnie słowo, zdając sobie sprawę, że była to prawdopodobnie najżałośniejsza riposta w historii świata.
- Hej, mnie w to nie mieszaj! – zawołał anioł, ale jego głos został zagłuszony dźwiękiem drzwi uderzających o framugę.
- Boże, co się stało z twoją twarzą?! – spytała szeptem Candas, gdy usiadłam koło niej na pierwszej lekcji. Musiałam najpierw wysłuchać tyrady nauczycielki od angielskiego na temat niszczącego nawyku jakim jest spóźnianie się, więc byłam wystarczająco długo na widoku klasy, by wszyscy zauważyli podrapania i siniaki na moim ciele. Uwagi w stylu „To potyczki gangów” tyle razy przeleciały przez salę, że bolały mnie usta, od powstrzymywania uśmiechu, który mógł doprowadzić tylko do przedłużenia przemowy pani profesor.
- Spadłam ze schodów – powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy, nie wysilając się nawet na znalezienie lepszego kłamstwa.
- Jasne – odpowiedziała ze sceptyzmem. – To musiały być bardzo długie i kolczaste schody.
- O i to jak – mruknęłam przeciągle. – Schody do piekła, powiedziałabym.
- Co ci jest? – zapytała z zastanowieniem, przekręcając lekko w bok głowę.
- Nic. To tylko upadek – westchnęłam, odruchowo dotykając sczerniałego kawałka skóry pod nadgarstkiem, który został po pocałunku Drake’a.
- Nie o to mi chodzi – wyjaśniła Candas, kręcąc głową. – Wydajesz się mieć zły humor.
- Och. Chyba tak, przepraszam – powiedziałam, mając wrażenie, że przelewam swoją złość na bogu winną dziewczynę. – To nawet nie ma nic wspólnego z wypadkiem. Przynajmniej nie bezpośrednio. Rano miało miejsce pewne zdarzenie...
Zacisnęłam usta na samo wspomnienie. Do wyjścia do szkoły ignorowałam obydwu chłopaków, mimo że Mitch chciał mi coś powiedzieć.
„Musisz coś wiedzieć o tej ranie na ręce zanim wyjdziesz” – zarzekał, ale nie wysłuchałam go. Teraz zaczęłam się niepokoić czarnym znamieniem.
„Boże, czy i tym razem przesadzam?” – zaczęłam się zastanawiać, przypominając sobie moją wczorajszą reakcję na pocałunek diabła. – „Nie, mam prawo być zła. Jak on śmiał! Nie powinien był robić tego siłą...”
Zdałam sobie sprawę, że Candas patrzy na mnie zaciekawiona.
- Jesteś czerwona – powiedziała zadowolona, odchylając się na krześle. – Coś ciekawego musiało się zdarzyć.
- Nie nazwałabym tak tego – mruknęłam, odwracając twarz w stronę okna. – Nie powinnam się zgadzać na to całe zamieszanie z łóżkami od początku...
- No, zaczynasz mówić do rzeczy! – dziewczyna zaśmiała się, odrzucając głowę do tyłu, a jasne loki trzęsły się, w rytm jej ruchów. Kilka osób odwróciło się z zainteresowaniem. – No i co z tymi łóżkami?
- Nic. Intruz czuje się w nim za swobodnie – warknęłam, lecz nie zdążyłam skończyć mówić, gdy Candas wybuchła jeszcze głośniejszym niepohamowanym śmiechem.
Tego najwyraźniej było za wiele. Nauczycielka zerwała się z miejsca i ryknęła w naszą stronę tak rozwścieczonym głosem, że skurczyłyśmy się na swoich miejscach, a kilka osób z przednich rzędów mało co nie spadło z krzeseł.
- Hanson i Davies! Jeżeli w tej chwili się nie zamknięcie, zostaniecie po szkole na odsiadce z tymi wszystkimi typami z pod ciemnej gwiazdy i co gorsze – ze mną, bo w tym roku to ja jestem za nich odpowiedzialna! – krzyczała i w tym momencie była ostatnią osobą, z którą chciałabym spędzić dzisiejsze popołudnie. – Dlatego dla własnego dobra, radzę wam być cicho i uważać!
- Prze...przepraszamy, pani profesor – wyjąkała Candas, która lekko pobladła, na dźwięk ostrego tonu w głosie nauczycielki.
Zadowolona z efektu jaki wywołała jej krótka mówka kobieta usiadła z powrotem za biurkiem i odchrząknąwszy kilka razy wróciła do tematu lekcji.
Przyjrzałam się pod stołem wewnętrznej stronie swojego nadgarstka. Czarna plama cały czas miała niezidentyfikowany kształt i nie miałam pojęcia co może znaczyć. Zastanawiałam się, czy teraz Mitch wszystko mi wytłumaczy.
„Lepiej dla niego, żeby wyjaśnił, o co z tym chodzi” – pomyślałam, zasłaniając bliznę.
Candas przepisywała informacje z tablicy, a ja leżałam oparta o ławkę, gdy zapytała:
- Nie powiesz mi co naprawdę się stało, prawda? – wyszeptała i choć brzmiało jak pytanie, było to bardziej stwierdzenie faktu. – Z twoimi schodami.
- Przepraszam – powiedziałam ze smutnym uśmiechem i naprawdę miałam to na myśli. Patrzyłam na nią, z głową schowaną w ramionach, a jej twarz widziana od dołu wydała mi się strasznie duża. Kiwnęła tylko głową i wróciła do pisania notatek. Po chwili jednak znowu na mnie spojrzała i mruknęła:
- Ty naprawdę należysz do jakiegoś gangu.
To, że trzepnęłam ją w ramię, a ona pisnęła zaskoczona, przelało czarę cierpliwości nauczycielki. Tym razem nie krzyczała. Powiedziała tylko spokojnie, acz z niesamowitym jadem w głosie:
- Ostrzegałam was, moje panie. Widzimy się po lekcjach.
Zanotowała nasze nazwiska w swoim obitym skórą zeszycie i nie zwróciła nam uwagi już do końca lekcji. Byłyśmy tak złe, że nie odezwałyśmy się ani słowem.
Gdy weszłam do mieszkania na stole stał wystygnięty obiad, a Dave siedział nad nie zaczętą kaszą i grzebał w niej widelcem.
- Och! – zawołał, widząc mnie w drzwiach. – Jesteś! Przyszłaś dzisiaj później.
- Tak, musiałam odsiedzieć w szkole karę po lekcjach – mruknęłam, zezłoszczona. Co prawda nic szczególnego na odsiadce nie zaszło, bo moja reputacja połączona z licznymi ranami na ciele odstraszała nawet młodocianych kryminalistów, ale jednak sam fakt, że musiałam zostać w szkole godzinę dłużej niż zwykle, wprawiał mnie w podły nastrój.
Z impetem usiadłam na krześle.
- Naprawdę? – spytał ze zdziwieniem. – A za co?
- Za głupotę – odpowiedziałam naburmuszona, nakładając sobie kaszę na talerz.
- Cały czas się złościsz za ranek? – westchnął anioł, patrząc na jedzenie na stole. – Chcieliśmy zrobić ci coś dobrego na obiad, ale tak długo nie wracałaś, że myśleliśmy, że wciąż jesteś obrażona…
- Zdążyłam już o tym zapomnieć – powiedziałam nie do końca zgodnie z prawdą, ale miałam już dość wściekania się jak na jeden dzień. – A co z Mitchem? Śpi?
- Nie, czytał jedną z twoich książek o rytuałach – odpowiedział, wskazując widelcem ścinkę, za którą stało łóżko.
Nie tknąwszy obiadu, wstałam i podeszłam do leżącego diabła.
- Miałeś mi powiedzieć co to jest – powiedziałam bez słowa przywitania, odsłaniając czarną bliznę na ręce.
Chłopak podniósł szare oczy znad książki i podniósł się wyżej na poduszkach. Zagiął kartkę, w miejscu gdzie skończył czytać i odłożył stary wolumin obok.
- Może lepiej by było gdybyś najpierw skończyła jeść? – zapytał niepewnie, patrząc na dłoń na moim biodrze, opartą w nieugiętym geście.
- Nie chcę więcej czekać – warknęłam, siadając na podłodze koło niego, dając znać, że nie mam zamiaru się stąd ruszać.
Diabeł westchnął głęboko i dotknął obandażowaną ręką skroni w pełnym rezygnacji geście.
- Potem możesz nie mieć apetytu – szepnął z przymkniętymi powiekami.